ODSŁONY:  

(ro)zebrane myśli

Grzegorz Pesta. Opublikowano w Poezja

Z życiem pokręconym
z sercem skamieniałym
przychodzimy odpocząć
serce naprawić
życie prostować
może choć trochę
dane nam będzie
żyć godnie i kochać

 

A kiedy ci się zdaje że tyko nienawiść budzisz
gdy przyjaciół ranisz
tam śmierć
która każdą przyjaźń
przyjdzie zabić
odepchnij złowrogie myśli
dwojgiem rąk i całym sobą
przyjaźń przetrwa
pielęgnowana jak najpiękniejszy kwiat
kwiat zanim swe barwy pokarze
ziemię przebić musi
później już tylko kwitnie

 

Zadrapany przez czas
jak drzewo odarte z kory
które nadwyrężył wiatr
idę dalej i przywołuję grom
z jasnego nieba
przedeptuję życie
głowa pęka
już czas by chmury
przestały skrzypieć

 

Zapomnieć o wszystkim
doznań pełni doznać
rozkoszy doznawać ciągle
trwać zawieszony
między zmrokiem a świtem
w samym środku koła
zanurzony w dźwiękach muzyki
dotąd niesłyszanej
słuchać aż do świtu
kiedy oczy same się zamkną
dzień cały przespać
w sennych marzeniach
wszystkiego doznać

 

Być z tobą
kiedy jesteś smutna
i kiedy wesoła
przytulić kiedy boli cię głowa
czasami śniadanie do łóżka podać
na spacer pójść i oglądać drzewa
pracować kiedy trzeba
cieszyć się z tobą kiedy kupisz sukienkę
smucić kiedy łza roztacza tęczę
wieczorem usiąść obok kominka
zmęczoną twarz pocałować
kieliszek wina podać
razem zasypiać i rano oczy otwierać
po prostu kochać

 

Cierpienie w życie wpisane
zastygło na twarzy
twarzy zmęczonej
z pretensją do boga
dlaczego odchodzą
przez nas kochani
też cierpieli
wreszcie ulgi doznali
teraz są w niebie
my będziemy cierpieć
za nich

 

Dzwon drzemiący się obudził
zabrzmiał spiżem i mnie zbudził
do słońca się uśmiecham
słońce ciepło śle od samego nieba
Głośno dzwoni dźwięczny głos roznosi
słońce się schowało
księżyc zimną falą srebra się przetoczył
dzwonu dźwięk gdzieś nad polem już zamiera
Sen spokojny miałem
rano znów się wsłucham
w głos spiżowy dzwonu
który słońce zbudzi

 

Gdybym trochę wiedział
pewnie żył bym inaczej
inaczej czy lepiej
tego wiedzieć nie mogę i nie chcę

 

Jak trudno żyć
kochać i nie być kochanym
jak trudno żyć
rozumieć nie być rozumianym
jak trudno żyć
gdy winią cię niesprawiedliwie
jak trudno żyć
gdy wskazują ci drogę
którą nie chcesz iść
czas przestać tak żyć
nie przyjmuje już
cudzych win

 

Jutro… czy będzie?
Jakie jutro?
Następny dzień?
Dzień szczęśliwości?
Dzień nieszczęść?
Razem wymieszane
w tyglu rozgrzane
jutro przyniesie nadzieję
na jutro następne

 

Kiedy nad opuszczonymi głowami
podwójna ukazuje się tęcza
z dwojga oczu łez płynących
noże swoje opuszczają
krwią nabiegłymi oczami patrzą
jak przeszłość powoli znika

 

Krzyk

Krzykiem ukryć
krzykiem załatwić
krzykiem zakrzyczeć
łkanie zacisnęło gardło
krzyk to kłamstwo
ile czasu trzeba
żeby zrozumieć

 

Na głowę kapelusz włóż szczęście tuż tuż
łysina zakryta pół twarzy nie widać
już możesz opowieści snuć
intrygi knuć
kaprawe oczka w cieniu schowane
nikt nie odgadnie
historii nieprawdziwych opowiadanie

 

Na wszechpoczątku
maleńcy i nadzy
trochę później już więksi
na świat ciekawie patrzymy
jeszcze później dorośli
raz głupi raz mądrzy jesteśmy

 

Nie wiem skąd go mam
kamień polny na żółto
a może na zielono pomalowany
zwyczajny kamień twardy
kupiec twardy grosz chciał płacić
kamień zwyczajny twardy
może żółty może zielony
nie na sprzedaż

 

Nikt nie podaruje nam wstydu
szkaradni jesteśmy i nadzy
na czołach popielcowe znaki
a oczka pełne sadzy

 

Noc ponura zła
woła mnie do siebie
nie chcę iść
noc jak magnes
przyciąga fascynuje
świt rozwiewa noc
zmęczony zasypiam
śnię o pięknej krainie
jestem wolny

 

Okryty płaszczem z pozorów utkanym
czasami pół prawdę w kłamstwo wplecie
nie do sprawdzenia
na twarzy masek bez liku
przecież wyglądać trzeba
wszędzie za swego przyjęty być chce
ucho uważnie nadstawia
kaprawymi oczkami wodzi
nic ujść uwadze nie może
bo odkryć go mogą
zedrzeć maski i płaszcz potargać
uchowaj nas przed takimi boże

 

Ponieważ wszyscy gadają
wymilczałem sobie kamyk
przestało mnie bawić
gadanie do ścian
chcę to zmienić
głowę wyciągnąć do gwiazd
wymamrotać zaklęcie
niech dobrze będzie
a w sercu wymilczany kamyk

 

Rozchełstanym umysłem
pojąć nie mogę
wiara mi pozostała
wierzę w to czego pojąć umysłem nie mogę
wiara to wytłumaczenie niewytłumaczalnego
bez zrozumienia można wierzyć
bez wiary nie można zrozumieć

 

Spotkałem człowieka
dawno niewidzianego człowieka
za to spotykałem ludzi
czy jestem człowiekiem
czy tylko zaliczam się do ludzi
jestem wśród ludzi
chcę być człowiekiem

Mówią o sobie...

Słowem wstępu: obraz, którego nie trzeba komentować...

 

Ludzkie serce

Gdy zima pokazała swoje oblicze a przedmiot użytkowy swoją niezależność....